Niesforna miłość 1

Bardzo długie przemyślenia poprzedzają nowy rozdział, więc jeśli ktoś nie chce ich czytać, niech zacznie od części za dużą ilością gwiazdek. Tam jest pierwszy rozdział nowego opowiadania.

Chora, chorsza, trup. Dlatego postanowiłam sobie odświeżyć wszystkie odcinki starej SM. A ponieważ znam je prawie na pamięć, wystarczyło przeskakiwać.
Aż do 172 odcinka zawsze jestem pewna, że Usagi i Mamoru to jest to! To miłość, która zwycięży wszelkie trudności! Pokona przeszkody te malutkie i błahe (Metalia, Nechelenia itp.) albo te naprawdę bardzo groźne w postaci grona wiernych przyjaciółek szwędających się wszędzie za naszą parą ukochanych i nie dających im chwili prywatności (jakim cudem powstała Chibiusa, ja się pytam? „Kochanie, małe bara-bara?” „Nie teraz, Rei patrzy”, „Ale jak ona przestanie to będzie nas pilnowała Ami!”). Wierzyłam w nich zawsze i bezgranicznie. Mamoru ratujący swą ukochaną z opresji, dodający jej wiary we własne możliwości, i Usagi, gotowa oddać życie w imię tego, w co wierzy i kocha. Nawet w 172 odcinku, już na lotnisku, Mamoru zakłada Usagi pierścionek na TEN palec! Jakie to było piękne! Przejął inicjatywę (co zdarzało mu się rzadko) i odleciał. A potem, cholera, pojawia się Seiya! W tym samym odcinku. Prawie w tym samym momencie. Minął unoszącą się nad ziemią Usagi i twardo stąpającego po ziemi, szczęśliwego Mamoru, i nagle otoczyło go białe, oślepiające światło.
Zawsze ten moment wydaje mi się symbolicznym przekazaniem Usy pod opiekę muzyka. Tak jakby podświadomie Mamoru nie chciał jej zostawiać samej i do pierwszej silnej napotkanej osoby powiedział mentalnie „od teraz chroń ją”. A słowo prawdą się stało.
I od 1997 roku mam mętlik w głowie. Bo jeśli do tej pory wszystko było jasne, proste, piękne, tak teraz JEBUT! Rozpieprzyła mi się wizja małego białego domku.
Porównując Seiyę i Mamoru wychodzi ciekawe zestawienie cech.
Mamoru: powściągliwy, taki typowy Japończyk, który po zdobyciu dziewczyny (czy on ją w ogóle zdobył? Przecież jak przypomnieli sobie swoje wcześniejsze wcielenia to Usa sama wpakowała mu się do… ramion szeroko rozpostartych) przestał o nią zabiegać, walczyć. Skończyły się słowne docinki, żarty nawzajem z własnych wad (zawsze uważałam to za rodzaj końskich zalotów), a Mamo-chan stracił swój pazur, który robił z niego tak interesującą postać. Owszem, było kilka czułych, uroczych momentów. Jak chociażby duszona przez gumową kulę czarodziejka z księżyca w serii ss (moment tragikomiczny) jego sina twarz i prawdziwe przerażenie widniejące w zwężonych źrenicach. Moment, gdy z powodu zatrutej Ziemi tak źle się czuł i myślał o Usagi. I gdy pękł odłamek lustra z jego oka, bo płakał, gdy usłyszał, że Usagi jest gotowa przyjąć na siebie zemstę Necheleni.
Moje ukochane momenty to jednak seria R – tam Mamoru Chiba jeszcze nie został całkowicie wykastrowany. Wspólna opieka nad dzieckiem (hahaha i ojej w jednym odcinku), wspólna ochrona siebie przed ufoludkami (oddam życie za tego, którego kocham! – Nie to ja oddam!) pięknie się nawzajem chronili. Wspólna walka o Chibiusę, o świat, i perełka na torcie – pełnometrażowy film R, gdzie widać SZOK Mamoru, gdy jeszcze nie dopuszczał do świadomości, że ona nie żyje, i prawdziwa, pełna wzruszenia chwila, gdy jednak ożyła i przemówiła, a z jego oczu popłynęły łzy i rozdygotany przytulił ją do siebie. Mamoru była dla niej pisany! To musiało być to! Moja wiara była wielka i nie zadawała pytań.
Ale Seiya… to Seiya. I nagle odkryłam kilka ciekawych rzeczy: o dziewczynę można zabiegać. Serio. To nie jest tak, że musisz jej dokuczać, a później przypomnicie sobie wszystko z poprzedniego życia i sama do ciebie przylezie. Moje dziecinne oczy robiły wtedy „WOW” i wyglądały jak monety dziesięciozłotowe za czasów PRL-u.
Można być nastolatkiem i się dobrze bawić, bo życie nie opiera się tylko na nauce i czytaniu podręczników, jak starał się nam wmówić Mamoru.
Można się realizować w wielu dziedzinach jednocześnie, jeśli każda sprawia ci frajdę.
Chłopcy mogą flirtować z dziewczynami, a nawet niejedną.
Jesteś młoda, masz pstro w głowie – baw się.
Można być uroczo niedojrzałym i bardzo dojrzałym i odpowiedzialnym jednocześnie.
Istnieje coś takiego jak randka pełna przygód. I to facet na nią zaprosi (Seiya). Z Mamoru to były… wspólne wyjścia inicjowane przez Usagi.
Istnieje coś takiego jak dyskoteka! (do tej pory pamiętam jak tańczyłam przed telewizorem razem z nimi).
Życie to też obowiązki, w końcu trzeba znaleźć księżniczkę. Ale kto powiedział, że obowiązek nie może być przyjemny? Mamy ją wołać? Zróbmy koncert, nasze głosy zmodulowane pchnięte przez wzmacniacze i głośniki na pewno do niej dotrą!
No i koncerty! Za młodych lat koniecznie trzeba chodzić na koncert!
Adorowanie może sprawiać radość osobie adorowanej.
Owszem jestem świadomy swojej wartości. Jestem cool. Wszystkie na mnie lecą. I co mi zrobisz, skoro to już wiesz? Bycie świadomym swojej realnej wartości i tego, co sobą reprezentujesz, nie czyni z ciebie od razu narcyza, tylko osobę szczerą. Bo jeśli będzie trzeba, rzucę w cholerę ten blichtr i pobiegnę ci na ratunek.
Zakochałam się w nim. Zakochałam się obu i do tej pory nie mogę wybrać, którego bym wolała. Bo wiem, że Mamoru pod całymi pokładami spokoju i opanowania kryje w sobie niesamowicie ognistego, namiętnego mężczyznę. Silnego i opiekuńczego.
Dlatego oddaję wam pierwszą część nowego opowiadania, które chyba nie będzie jednorazówką. Opowiadania, które ma zadowolić tą bardziej niesforną część mnie. Tą szaloną dziewczynkę tańczącą z animowanymi bohaterami przed telewizorem.
A to wszystko dlatego, że „Kryształowe Tokio” i „co by było, gdyby…” Zbliżają się bardzo do końca.
A ja mam jeszcze tyle w głowie niepoukładane. Nadal nie potrafię wybrać. Bo gdy już myślałam „Seiya, tylko Seiya!” to wrócił Mamoru i tak pięknie, ze łzami w oczach, wyznał Usie swoją miłość…
Cholera. I jak tu wybrać między Aresem a Adonisem?

**************************************************************************
Widział, jak tańczyła w czerwonej sukience opinającej biodra i biust. Westchną, całkowicie rozbudzony i wkurzony. Czy ona nie wiedziała, jak bardzo go prowokowała?
Jednak wydawała się być szczęśliwa ze swoim narzeczonym. Nigdy nie słyszał cienia skargi czy zażalenia.
Warknął do barmana, by nalał kolejną szklaneczkę weeski. Chyba powinien się dzisiaj upić.
Zobaczył, jak para odchodzi na bok. Mamoru szepnął coś do swojej dziewczyny, ucałował ją w czoło, a ta w podskokach znalazła się przy Seiyi. Po chwili Widział, jak Mamoru opuścił imprezę.
– Dziękuję za zaproszenie – zapiszczała radośnie, zarzucając mu ręce na szyję. Ona zawsze byłą zbyt wylewna. – Dawno już się tak dobrze nie bawiłam.
– Czyżby to zasługa czerwonej sukienki? – Zapytał, przekrzywiając głowę nieco w bok.
Poczerwieniała.
– To Rei mnie na nią namówiła. Ja myślałam, że jest zbyt wulgarna.
Parsknął śmiechem.
– Króliczku, zwróciłaś na siebie uwagę wszystkich mężczyzn w tej sali. Dyskoteka zaraz stanie w płomieniach. To nie jest wulgarne tylko seksowne.
Jeszcze bardziej się zmieszała. Postanowił przestać ją dręczyć.
– Dokąd uciekł twój narzeczony?
– Ratować kolejne życia. Jakiś wypadek na autostradzie.
Westchnęła. Widział jej rozdrażnienie. Z jednej strony chciała być z nim, z drugiej zawsze pierwsza rzucała się ratować nieznajomych.
– Powinnaś zostać męczennicą – powiedział nagle. Z czułością dotknął dłonią jej policzka, czym ją zaskoczył. – Taką, która umarłaby za sprawę. A ludzie wznosiliby modlitwy jak do świętej.
– Ile już wypiłeś? – Zapytała niepewnie.
– Za mało. W twoim towarzystwie zawsze piję za mało.
– Seiya…
Wpatrywała się w niego rozczarowana.
Zaprosił ją na dyskotekę, ale zdziwił się, że przyszła z narzeczonym. Jego przyjaciele buszowali gdzieś po kątach obściskując się z Ami i Minako. A oni dwoje stali przy barze zamiast dobrze się bawić.
– Zatańcz ze mną – wyciągnęła do niego rękę.
– Króliczku… ty jesteś totalną niezdarą w tańcu.
– Wszystko zależy od partnera. – Czekała. – Drugi raz nie poproszę.
To go przekonało. Chwycił jej dłoń i zaprowadził na pakiet, gdzie leciała jakaś skoczna melodia.
– Do tej pory nie powiedziałeś, dlaczego wróciliście z Kimoku – powiedziała mu do ucha, zanim okręcił ją dookoła.
– Może po prostu się stęskniliśmy?
Parsknęła śmiechem.
– Naprawdę! – Oburzył się. – Stęskniliśmy się za alkoholem i masą fanek włażących do łóżka.
– Jakżeby inaczej – warknęła, nagle zła. – Nawet do głowy wam nie przyszło, że wasza sława mogła przeminąć.
– No bo nie przeminęła. – Przyciągnął ją mocno do siebie w momencie, gdy muzyka płynnie przeszła w delikatną melodię do wolnego tańca.
– Taniec-przytulaniec? – Zapytał cicho.
Z ulgą, która ją zaskoczyła, położyła głowę na jego ramieniu.
– Szkoda, że Mamoru musiał iść. – Wyszeptała.
– Rozumiem go – odparł. – Wybór między tobą a robieniem tego, co się kocha, zwłaszcza jeśli się ratuje ludzi, jest naprawdę trudny. Ja chyba też wybrałbym koncert, gdybym musiał.
– w to nawet nie wątpię – zaśmiała się, ale smutno. – Dla was obowiązki są najważniejsze. Tym bardziej, że kochacie to, co robicie.
– Prawda – przytulił ją mocniej. – Ale myślałbym o tobie. I do ciebie bym wracał.
– Seiya…
– Naprawdę nie wiesz, dlaczego wróciłem? – Słyszała tę rozpacz.
Od trzech miesięcy uganiał się za nią jak szalony. Przynosił jej smakołyki do szkoły, zabierał na próby, tłumaczył matematykę. Tylko ona cięgle zapatrzona była w swojego Mamoru.
– Za bardzo mnie prowokujesz tą sukienką.
Odsunął się gwałtownie, łapiąc powietrze.
– Chyba zrobiłem błąd, że tu przyjechałem. Jutro wracam na Kimoku.
– Ale… dlaczego? – zapytała, zagubiona. Nie mogła poradzić sobie z tym, że już jej nie obejmował.
– Bo wciąż ci nie wystarczam – powiedział ciepło, patrząc jej w oczy, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł.
Stała dziesięć sekund bez ruchu, po czym rzuciła się za nim.
Dopadła go zaraz za wyjściem na ulicę.
Lało. Bardzo mocno.
Wbiegła w ten deszcze i zmusiła, by na nią spojrzał.
– Naprawdę musiałeś wypić, żeby mi powiedzieć to wszystko? – Zapytała.
– Naprawdę musiałaś to wszystko usłyszeć? Nie domyślałaś się niczego? Nie widziałaś?
– Mam narzeczonego do cholery! – Warknęła, a w nim zamarło serce. Więc nie ma tu czego szukać.
– Wiem. – Odparł.
– A mimo tego przez trzy miesiące czekałam, aż się odezwiesz do mnie w ten sposób!
Zdębiał.
– Od chwili, gdy zobaczyłam, że wróciliście, czekałam na znak z twojej strony. Ale ty cały czas zachowywałeś się jak przyjaciel. Nie dotknąłeś, nie szepnąłeś do ucha. A ja jak ta głupia czekałam na to.
Odwróciła się i zaczęła szybko iść w stronę drogi.
– Usagi… Cholera, czekaj!
Chwycił ją w objęcia, i nim zdążył pomyśleć, wpił się w jej usta. A co jeszcze bardziej nieprawdopodobne, ona wpiła się w jego.
Czuł, jak swoimi wargami obejmuje jego wargę. Jak oplata go ramionami. Czuł, jak otoczył go zapach jej perfum. Osobiście jej je kupił na rodziny. Chanel Manuazell. Tak bardzo do niej pasowały.
– Chyba musimy poważnie porozmawiać – wystękał.
Jęknęła.
– Nie mam ochoty na rozmowę – przerwała pocałunek, wtulając się w jego tors. – Rozmowy są takie trudne i ciężkie.
Czuł, że drży cała mokra w jego ramionach
– Nie zabiorę cię do łóżka, nie mając pewności, że nie jestem jakimś tymczasowym zamiennikiem. – Przytulił ją mocniej.
– Nie interesuje mnie pójście z tobą do łóżka. – Spojrzała mu w oczy. – Jeśli chodzi o zaspokojenie twojej chuci to znajdź sobie inną.
– Króliczku… – poczuł się bezradny. Jak miał sobie poradzić z tą kobietą?
– Tęskniłam za tobą od chwili, gdy opuściliście Ziemię. Do tamtego momentu nie zdawałam sobie sprawy, ile dla mnie znaczysz. Każdy dzień bez ciebie przeszywał mi duszę ostrym sztyletem.
Prawie że jęknął.
– Króliczku… Chodźmy do mnie, co? Dziś już nikogo tam nie będzie.
– Czyżby Taiki zdobył wreszcie niedostępną Ami? – Usagi spojrzała na niego z niekrywanym zdumieniem.
– Oj… zdziwiłabyś się dziecinko, kto tu kogo zdobył. Jak i na ile sposobów – szepnął jej do ucha, a ona zadrżała.
W szalonej ulewie wyszli na ulicę i nie minęło pięć minut, gdy udało im się złapać taksówkę.
Usiadła bardzo blisko niego, objął ją ramieniem. Ich dłonie cały czas się splatały.
– O! Widzę, że świeżo zakochani – zaśmiał się troskliwie taksówkarz.
– Pan też by się zdziwił – parsknął Seiya. Usagi uśmiechnęła się tylko nieznacznie.
***
– Proszę – podał jej ręcznik, gdy tylko weszli do mieszkania.
Przyjęła go z wdzięcznością i od razu zaczęła wycierać włosy ściągając jednocześnie pantofle.
– Chyba nigdy nie wyschnę… A… apik! – Kichnęła głośno.
– Natychmiast pod gorący prysznic – zarządził Seiya, wpychając ją do łazienki.
– Ale…
– Jeśli się boisz, możemy wziąć prysznic razem – wyszczerzył zęby w uśmiechu. W jego oczach błyszczały wesołe chochliki. I jak mogła się na niego gniewać?
– Rozumiem, że mam o tym pomyśleć jak o oszczędności wody? – Wykrzywiła się kwaśno.
– Tak dobrze mnie znasz – Zachichotał.
Spojrzała na jego olbrzymi prysznic z hydromasażem, biczami wodnymi i kolorowymi kurkami, w którym z pewnością zmieściłoby się pięć osób.
– Dzisiaj nie, Seiya. Ale w przyszłości, chciałabym skorzystać – zaskoczyła go całkowicie i wykorzystując moment całkowitego jego ogłupienia wypchnęła go z łazienki.
Jego łazienka była nieprzyzwoicie duża. Prysznic ogromny, a ręczniki puchate jak kocyki i bardzo chłonne.
Gorąca woda zmyła z niej zimny deszcz. Z radością użyła jego żelu pod prysznic. Lubiła jego zapach.
W ciągu dziesięciu minut opuściła łazienkę, i owinięta ręcznikiem weszła do salonu.
– Poszukałem ci… ekm… podkoszulek. Jest trochę rozciągnięty, więc w sumie nie musisz nic ubierać.
Zaśmiała się, wydzierając materiał z jego ręki i uderzając nim Seiyę. Uśmiechnął się w taki chłopięcy, rozmarzony sposób.
Zniknęła na chwilę w jego sypialni, by po chwili wyjść ubrana w podkoszulek sięgający jej do uda.
Zakrywał tylko to, co powinien. Ale oboje zdali sobie sprawę, że czują się swobodnie w swoim towarzystwie.
– Jeśli nie ma być między nami seksualnego napięcia – powiedział z żalem Seiya – to dzisiaj jestem twoim kumplem. To co, zimne piwo z lodówki, mecz i pogaduchy o dziewczynach? Bo wiesz, jest taka jednak Królica, no mówię ci, pierwsza klasa…
Przerwał mu jej radosny śmiech. Teraz dopiero dotarło do niego, że odkąd przybył na Ziemię, słyszał ten śmiech po raz pierwszy. Taki radosny i pełen życia.
Zaintrygowany podszedł do niej i chwycił jej dłoń.
– Króliczku… między tobą i Mamoru nie jest dobrze, prawda?
Uśmiech urwał się w pół dźwięku. Opuściła oczy w dół. Spróbowała wyrwać rękę, ale jej nie pozwolił.
– Od jak dawna?
Milczała.
– Usagi! Od jak dawna?
– Chyba odkąd wróciliście na Kimoku.
I gdy zobaczył, jak jedna łza spadła na podłogę wziął ją w swoje ramiona i zamknął w pocieszającym uścisku.
***
– Już ci lepiej? – Zapytałem cicho. Nie lubiłem, jak płakała. A płakała naprawdę rzadko. Nie mówię tu o ryku z byle powodu, potrafiła wycisnąć z siebie łzy nawet jeśli chodziło o brak jej ulubionych lodów czy plamkę na sukience. Ale jej prawdziwy płacz, poruszający nią tak naprawdę, dane mi było oglądać dwa razy w życiu. Raz na dachu naszego szkolnego budynku, gdy tak strasznie tęskniła za swoim chłopakiem, który miał studiować w Ameryce. I drugi raz teraz.
– Króliczku… – pogłaskałem ją po policzku, a ona spojrzała na mnie oczami zapuchniętymi od płaczu.
Podprowadziłem ją do stołu w kuchni i posadziłem jak lalkę na krzesełku, a sam zająłem się przygotowywaniem herbaty.

Co by było – część 23

Chora. Tydzień zwolnienia. Zaczęło się od odchodzącego od ósemki dziąsła. Pojawił się stan zapalny. Przeszedł na gardło i węzły chłonne. Szefowa w pracy wkurzona, bo niby sobie robię urlop. Tak, mając 37,8 i będąc na silnych antybiotykach nie wychodząc z łóżka (wyjście ryzykuje silnymi zawrotami głowy) no po prostu mam urlop jak talala. Nic tylko jeszcze drinka z palemką mi przynieście! A nie, nie można łączyć antybiotyku z alkoholem bo nadchodzą wizje zombi, apokalipsy i przebudzenia Sailor Satan… Cholera.
************************************************
Otwierając drzwi do mieszkania Seiyi czułam się skołowana i niepewna. Tak do końca nie wiedziałam, jaką decyzję chcę podjąć. Jaką powinnam podjąć. Ale wiedziałam, że muszę to zrobić jak najszybciej. Dłużej nie byłam w stanie znieść tych ciągłych nerwów, tej burzy uczuć.
Weszłam do salonu, gdzie Seiya chodził niespokojnie od jednej ściany do drugiej, najwidoczniej nie mogąc sobie znaleźć miejsca.
Jednak gdy tylko mnie zobaczył, podbiegł do mnie i chwycił w ramiona, przyciągając bliżej, by pocałować.
Wystraszył mnie tym nagłym wybuchem namiętności. Wystraszył natarczywością i niecierpliwością, których się po nim nie spodziewałam.
– Seiya… nie – odepchnęłam go. – Puść mnie.
Puścił i patrzył nieco zdziwiony, nieco zawstydzony.
– Przepraszam – wybąkał.
– Co to miało być? To przed chwilą? – Zapytałam skołowana.
– Przepraszam – powtórzył tylko.
– No jeśli to są twoje przeprosiny za wczorajszy wieczór…
– Nie powinienem cię tak zostawiać na całą noc, skoro sam cię zaprosiłem.
Widziałam szczerość w jego oczach. Czytałam z nich jak z książki. Byliśmy do siebie zbyt podobni. Zbyt dobrze siebie znaliśmy i rozumieliśmy. Nie było szans na ukrywanie czegokolwiek, na nutkę ezoteryzmu, tajemnicy.
– Coś kręcisz – szepnęłam, kiwając głową.
– Ja miałbym kręcić? – Uniósł ręce jakby się przede mną bronił. – Przecież mówię czystą prawdę.
Mówił. Ale było coś jeszcze poza tym, co powiedział.
I zobaczyłam w jego oczach strach.
– Czego się boisz? – Podeszłam do niego. Nie umiałam przejść obojętnie obok jego strachu. W tym momencie wydawał mi się na powrót nie całkiem dojrzałym szesnastolatkiem, przepraszający za wypadek z piłką od footballu.
– Wyszłaś bez słowa. Bałem się… że mnie zostawiłaś – wyznał rozbrajająco. A mnie po prostu opadły ręce.
– Wyszłam w środku nocy nie wiadomo z kim, nie wiadomo dokąd, nawet nie byłeś pewien tego, czy wyszłam, czy mnie nie porwano, ale martwiłeś się właśnie o to? – Zapytałam z niedowierzaniem.
– Widziałem tam Chibę… – powiedział, jakby to usprawiedliwiało całe jego zachowanie.
– Czy ty słyszysz, jak dziecinnie to brzmi? – Zapytałam całkowicie osłabiona.
Wzruszył ramionami i uśmiechnął się niczym chłopiec. Niesforny urwis, którym chyba nigdy nie przestał być. Problem stanowiłam ja. Bo to ja przestałam już być tą naiwną, niewinną szesnastolatką zapatrzoną w ukochanego.
– Seiya… Ja chcę odejść – powiedziałam, patrząc prosto w jego oczy. Nie widziałam bólu. Na to miał przyjść czas później. Widziałam szok i niedowierzanie. Sama ledwie wierzyłam, że te słowa same wypłynęły z moich ust.
– Ty… ty chyba żartujesz – powiedział cicho.
– Nie.
Patrzył w moje oczy jakby starał się znaleźć cień kłamstwa.
– Zabiję tego Chibę – warknął.
– Naprawdę? Jesteś w stanie zranić kogoś, kogo kocham?
Warknął coś niezrozumiale i szybkim krokiem podszedł do komódki z alkoholem. Wyciągnął Burbon, który mu podarowałam na urodziny i pociągnął trzy solidne łyki prosto z butelki.
– Grasz nieczysto – warknął, pijąc znowu kilka łyków. – Oczywiście, że nie – odpowiedział wreszcie, opierając ciężko głowę o drzwiczki ze szkłem. – Ale ty tak po prostu mnie… – Znowu pociągnął z butelki.
Czy to było tak po prostu? Czy naprawdę chodziło tylko o Mamoru?
Byłoby to zbyt łatwe. Zbyt oczywiste. Mamoru popchnął mnie do tej decyzji. Więc od czego się to zaczęło?
– Wiesz… pragnęłam związku, w którym byłabym partnerką. W którym druga osoba miałaby też coś do powiedzenia, jej plany były uwzględniane we wspólnym grafiku. Chciałabym związku, w którym nie musiałabym umawiać się z chłopakiem trzy miesiące na przód, a on i tak odwołuje wolny dzień, związku, w którym choć raz będę ważniejsza od wywiadu.
– Przecież jesteś! – Odstawił butelkę i podszedł do mnie, chwytając moje dłonie. – Jesteś!
– Seiya…
– Od samego początku wiedziałaś, kim jestem i co robię – zarzucił mi.
– Ale nie wiedziałam, co to oznacza dla mnie – wyszeptałam.
– Więc co? Mam znaleźć sobie posadkę od ósmej do szesnastej i bawić się z tobą w dom? Naprawdę o tym marzysz? – Warknął.
– Nie. – Jak miałam z nim rozmawiać? To była dyskusja z dzieckiem, które nie rozumiało wielu podstawowych rzeczy. – Ale czy ja naprawdę przez resztę życia mam samotnie obserwować zza kulis jak lśnisz na scenie puszczając oczko do pięknych dziewcząt rzucających w ciebie stanikami? Mam tylko trzymać za ciebie kciuki i cieszyć się twoimi sukcesami? A co z moimi planami? – W końcu łzy zaczęły płynąć. Seiya był bezradny wobec kobiecych łez. Wobec tragedii czy nieszczęścia był jak rozkładający na części pierwsze taran szukający sposobu na rozwiązanie wszystkiego. Jednak łez nie da się rozłożyć na części pierwsze.
Poczułam, że uginają się pode mną nogi. Nim się zorientowałam, siedziałam na kanapie i ukrywałam twarz w dłoniach.
– Boże… kiedyś miałam więcej marzeń. Więcej planów. Teraz moim priorytetem było spędzenie z tobą jednego całego dnia. Nie wybiegałam myślą nigdy dalej niż do najbliższej wolnej soboty, a ty i tak odwoływałeś… – Szlochałam coraz mocniej.
Poczułam nagle jego ręce na moich ramionach. Zaskoczona tym niespodziewanym gestem poderwałam głowę i spojrzałam prosto w jego oczy.
– Króliczku… Czy ja ci naprawdę nie wystarczam? – Zapytał cicho.
– A czy ja ci wystarczam? – Odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Zacisnął usta w wąską kreskę.
– Seiya, ty masz tyle planów, marzeń i spełniasz się w każdej dziedzinie. Nie mógłbyś żyć bez tego blichtru, pędu, tempa życia. A przede wszystkim bez swojej muzyki.
Puścił moje ramiona.
– Przecież spełniałem też twoje marzenia – wyszeptał.
– No to zaskoczę nas oboje: nie wszystkie moje marzenia są związane tylko z tobą i twoimi sukcesami.
Zamrugał zaskoczony. Tak… Chyba oboje o tym zapomnieliśmy. On nie wiedział, jakie mam marzenia, ja zapomniałam.
– Usagi…
– Ja też chcę błyszczeć, Seiya.
Zamknął usta. Chyba się tego nie spodziewał. Wstałam i chwyciłam go za ręce.
– Mówiłeś kiedyś, że mam wyjątkowo silny blask. Czy widzisz go teraz?
– Trochę… zbladł.
– Tak. Trochę.
Zbliżyłam jego dłoń do moich ust i pocałowałam opuszki jego palców, które tyle razy mnie gładziły, pieściły, pocieszały.
– Zawsze będziesz dla mnie ważny. Zawsze będę cię kochała w jakiś sposób. I mimo, że bliżej nam do super kumpli niż do prawdziwej pary, nie zaproponuję, byśmy zostali przyjaciółmi.
Zamrugał zaskoczony.
– Zmieniłaś się, Króliczku. Bardzo… wydoroślałaś. Jakoś… umknęło mi to.
Pogłaskałam go po policzku.
– A ty wciąż jesteś niesfornym szesnastolatkiem, co ma w główce marzeń sto.
Przytulił mnie.
– Będzie dobrze – wyszeptałam przez łzy. – Wszystko się nam ułoży.
– Zawsze będę cię kochał, Króliczku. Ale teraz idź, zanim porozbijam wszystkie wazony.
Dość niechętnie opuściłam jego ramiona. Chciałam jeszcze trochę w nich pozostać… ten ostatni raz…
Skierowałam się w stronę wyjścia.
– Przepraszam – wyszeptałam jeszcze i zamknęłam za sobą drzwi.

Rozdział XXI

Wow… Podobno mój 100 post na stronie. No nic. Tortu z tej okazji nie będzie.
Ostrzegam. Brutalniejsze od poprzedniej części. Jeśli ktoś wrażliwy – niech nie czyta. Nie jest to ładne i słodkie. I na pewno nie jest to szczęśliwe. Więc czytacie na własną odpowiedzialność. Mam wiele wątpliwości publikując ten rozdział. Penie powinnam założyć hasło. Ale nie chcę.
Teraz powinnam napisać, że jeśli przeczytacie, to proszę, skomentujcie, ale chyba tego nie dodam. Będziecie chcieli zareagować – zareagujecie. Sama mam mieszane uczucia do tego wszystkiego.
Stary Świat kończę tak, jak od samego początku chciałam go zakończyć. Będę miała problem z Nowym Światem.
Jeśli ktoś czyta, pomimo takiego wstępu – życzę udanej lektury.
*******************************************************************

– Sprawa „Król przeciwko rycerzowi Seilonowi” – jakiś mężczyzna z czarną brodą odczytywał ze zwoju moją winę. Trwało to i trwało.
Stałem w Sali tronowej. Moje ręce były zakute w kajdany, które zostały przymocowane do ogromnego, metalowego koła wbitego w podłogę.
Zabrano mi koszulę. Podobno w tym świecie oznaczało to zhańbienie rycerza.
Stałem na szeroko rozstawionych nogach i po raz pierwszy w życiu czułem prawdziwe przerażenie. Panicznie bałem się o Księżniczkę. Nie zdołałem jej ochronić.
W jednej chwili dotarło do mnie, że zdradziłem też moją pierwszą miłość – Księżycową Księżniczkę Serenity. Nie wykonałem zadania. Nie ochroniłem jej przyjaciółki.
A co na to wszystko powie Endymion? Mój partner w walce i sprzymierzeniec na co dzień?
Ale nawet on nie wiedział o moim związku, o mojej prawdziwej miłości do Upadłej Księżniczki. Może też chciałby mnie zabić za zhańbienie jego siostry?
Nie… on nie był taki…
Jednak słuchałem oskarżeń, całej listy zarzutów. Dopiero teraz zrozumiałem, ilu wrogów miała księżniczka. Każdy śledził jej krok. Każdy widział moje spojrzenia, jej spojrzenia.
Do naszej czystej miłości dodali rzeczy obrzydliwe i odrażające. A w oczach oskarżycieli widziałem czarny cień.
– Mała… – szepnąłem. Proces miał potrwać jeszcze kilka godzin. Znajdowali nowych świadków, znajdowali nowe przewiny. Chcieli mnie zabić jeszcze dziś.
***
Jechałam na koniu ze związanymi rękoma, otoczona przez ostatnich Wiernych Starego Porządku – przez rycerzy, którzy nie dali się zwieźć Metalii i którzy nadal widzieli we mnie Księżniczkę Tych Ziem. Byli gotowi oddać za mnie swoje życia. I pamiętali moje prawdziwe imię, chociaż ja sama już go nie pamiętałam.
Popędzali nas rycerze mojego ojca, których było dwa razy więcej.
Zatrzymaliśmy się tuż przed wejściem do Czarnego Lasu.
Tylko my mieliśmy tam wjechać. Czarni rycerze mieli pilnować wejścia, byśmy się nie cofnęli.
Przechyliłam się na bok i zwymiotowałam ze strachu. Od lat nikt nie przeżył drogi do Klasztoru.
– Nie martw się, Księżniczko – najbliżej mnie jadący rycerz uśmiechnął się, próbując dodać mi otuchy – i tak kiedyś trzeba umrzeć. Dziś też jest dobry dzień.
– Ale ja nie o siebie się martwię – powiedziałam.
– Nie mamy odwrotu. Jeśli twój ukochany będzie miał szczęście, Król nie weźmie go na tortury tylko od razu… – nie dokończył. Spojrzał na mnie i wjechał do Lasu. A ja wjechałam zaraz za nim.
Po godzinie, może dwóch, a może nawet trzech, bo w Czarnym Lesie czas zdawał się biec innym torem, zostaliśmy otoczeni. Najpierw przez złośliwe dźwięki. Ludzkie. Groźne.
Czy to nie Upadła Księżniczka?… to ona… Zabawimy się nią?… Tak! Tak, zabawimy! Chcemy się bawić!…. Tak dawno nie było to żadnej kobiety!…. A ona ma wszystko? Ma to co trzeba?
Gdy otoczyły nas ludzkie cienie, mężczyźni ubrani na czarno, wpatrzeni lubieżnie w moją postać, wyłączyłam się. Nie czułam, gdy mnie pochwycili. Nie czułam, gdy zwlekli mnie z konia.
Widziałam, jak moi rycerze walczą, ale nie docierało do mnie, że jeden po drugim są mordowani. Co mogła zrobić taka garstka całej masie mroku?
Zaczęłam się wybudzać z letargu dopiero wtedy, gdy zaczęli się mną bawić. Jeden za drugim. Gdy wchodzili we mnie bez mojej zgody, gdy trzymali i ciągnęli, gdy dotykali i bili… Czułam każdą sekundę, każdy zły dotyk, każde pchnięcie… Czułam, że już nie jestem człowiekiem. Stałam się ich zabawką.
I wiedziałam, że potrwa to jeszcze całe godziny zanim umrę. Wcześniej jeszcze choć walczyłam. Ale po co, skoro za każdym razem przegrywałam?
Tylko jeden strażnik, mały Sarik, zdołał ukryć się wśród paproci. Spojrzał na mnie, widziałam to, i uciekł. Ale za nim pognała strzała. Musiał dostać. Słyszałam jęk.
A potem już tylko czułam ból.
***
– Seilonie, masz coś na swoją obronę? – Król spojrzał na mnie z ironicznym uśmiechem.
Milczałem. Co mogłem powiedzieć do osoby, która nie wiedziała, czym jest miłość?
– Zatem skazuję cię…
I w tym momencie otworzyła się jedna część dwuskrzydłowych wrót otwierających salę i dosłownie wpadł przez nie mały Sarik – dwunastoletni chłopiec, który należał do ochrony księżniczki. Mojej księżniczki.
Padł na podłogę, a w łopatce tkwiła strzała.
Wstał jednak dzielnie i nie zważając na zdziwione i zaciekawione spojrzenie Króla podszedł do mnie i upadł na kolana. Uklęknąłem obok niego.
– Za… zaatakowali nas… – wyszeptał, opierając głowę o moje ramię. – Zawiedliśmy. Księżniczka… ona… oni ją… Oni wszyscy po kolei…
Zmroziło mnie. Poczułem, jak wszystkie włoski na ciele stają mi dęba.
– Uciekłem, bo… powinieneś… wiedzieć…. – zakaszlał dwa razy. – Powinieneś im… przerwać.
Upadł ponownie na podłogę, tym razem już martwy. A ja poczułem jak spływa na mnie zimna furia oczyszczająca mój umysł. Czułem, jak mnie wypełnia. Jak zostawia po sobie tylko zimną moc.
Król spojrzał na Sarika jak na robala.
– Nędzny przerywnik. Zatem, Seilonie, skazuję cię…
I w tym momencie z całego mojego ciała wypłynęła moc, niszcząc łańcuchy i zabijając wszystkich znajdujących się w komnacie. Wszystkich, oprócz króla. On miał moc. Ochronił się. Spojrzał na mnie zaskoczony.
– Jakim cudem zerwałeś łańcuchy? – Zapytał, zaciekawiony.
Patrzyłem na niego z nienawiścią.
I całą moc, cały gniew, cały strach o Lilian, włożyłem w zaklęcie, które posłałem w jego stronę.
Schronił się za tarczą swojej magii.
– Nędzny głupcze! Myślisz, że byle rycerz, nędzny żołnierz, da radę pokonać Króla, Pana tych Ziem?
– Nie! Ale rycerz zakochany, ogarnięty zimną furią? Dlaczego nie? – I tworząc włócznię z mojej własnej mocy posłałem ją razem z promieniem mocy prosto w jego stronę. Rozbiła tarczę w pył i przeszyła mu serce.
Stałem przez chwilę, a uczucia dalej we mnie kipiały.
Wyszedłem przed zamek. Koń Sarika czekał na mnie.
– Pędź jak wichura – warknąłem wskakując na jego grzbiet. Ruszył z kopyta nim włożyłem nogę w drugie strzemię. Mnie nie było ono potrzebne, byłem w stanie utrzymać się na koniu bez siodła. – Szybciej! Szybciej!
Gdy koń zwalniał, zmęczony, dobijałem go piętami. Wiedziałem, że mogę go zajechać na śmierć. Nie obchodziło mnie to. W tej chwili nie obchodziło mnie żadne życie, oprócz jednego. Jeśli trafnie odgadłem to, co Sarik miał na myśli…
– Szybciej! – Pognałem konia, uderzając piętami. Jeszcze przyspieszył. Jakby gnał na skrzydłach, przeganiał wichurę! Jakby walczył o własne życie! Ja walczyłem o inne życie.
Dotarłem do traktu w czarnym lesie i jechałem, jechałem, jechałem, aż zobaczyłem rzeź. Wszyscy rycerze martwi. Wszyscy zamordowani.
A pod wielkim dębem około czterdziestu zbójów ubranych całych na czarno, o różnej posturze i wielkości, w czarnych kapturach i czarnych maskach na ustach, pijanych i ucztujących, korzystających z zapasów, które wieźli do klasztoru żołnierze, dopingowało jednego, który brutalnie gwałcił moją księżniczkę.
Brawo! Czy to już ostatni? Czy każdy się zabawił? Ktoś chce jeszcze?
Słyszałem te słowa. A moja furia, choć wydawało mi się to niemożliwe, zaczęła nabierać mocy.
Zeskoczyłem z konia, który padł ciężko dysząc. Nawet nie spojrzałem, czy ma szansę przeżyć.
Te! Zobaczcie! Jakiś nowy samobójca! – zaczęli się zbliżać w moją stronę.
Podszedłem do najbliższego martwego rycerza i wyciągnąłem mu z ręki miecz. A gdy go chwyciłem, ten zapłonął oślepiająco jasnym ogniem. Zobaczyłem najpierw zaskoczenie. Później szacunek. Uśmiechnąłem się jak wariat. Chyba właśnie stałem się wariatem. Niepanującym nad własnym szaleństwem głupcem rzucającym się na czterdziestu zbójów.
Chwyciłem miecz oburącz, co tylko dodało mu blasku.
Zaczęli zakrywać oczy przed blaskiem. Zaczęli się bać.
A ja spojrzałem na moją księżniczkę. Spojrzałem w jej puste oczy, bladą twarz. Widziałem zakrwawioną sukienkę!
Zaśmiałem się jak szalony.
– A więc sami wydaliście na siebie wyrok – zaśmiałem się. – Nikt tego nie przeżyje!
I rzuciłem się w wir walki.
***
Otumaniona, obolała, patrzyłam na światło migające tam i z powrotem. To coś obrzydliwego, co było we mnie, co się poruszało, wyszło ze mnie.
Nie czułam już nic. Nie widziałam nic oprócz światła. Czy to był płonący białym ogniem furii miecz? Bardzo, bardzo stare legendy mówiły, że ludzie zaślepieni dziką furią, z której nie ma już odwrotu, są w stanie rozpalić miecz białym ogniem. Ale to były tak stare legendy…
Czułam, że umieram. Czułam ból każdej kości, każdego skrawka skóry, jaki mi pozostał. Czułam krew płynącą po udach i coś przerażającego wewnątrz mnie. Coś, co we mnie zostało. Coś, czego nie można było po prostu zmyć.
Chciałam odwrócić wzrok od śmigającego światła. Tam do góry, na niebie, lśnił księżyc czystym blaskiem. Ale nawet on nie był czysty. Cały księżyc nagle ogarnęła ciemność. Narodziła się w jednym punkcie po to, by rozprzestrzenić się na całą kulę.
Widziałam to.
Widziałam, jak ciemność pochłonęła lśniący Księżyc.
***
Zabiłem ostatniego.
A jednak było ich więcej niż czterdziestu. Czterdziestu dwóch.
Dyszałem.
Czułem, jak owiewa mnie zimne, nocne powietrze.
Jak mnie uspokaja.
Mój miecz zaczął tracić swój ogień.
Wdech, wydech. Wdech, wydech.
Na drżących nogach podszedłem do niej i chwyciłem bezwładne ciało.
– Księżniczko… – mój szept był cichy i chrapliwy. – Księżniczko… – wtuliłem twarz w jej szyję, ukryłem się w jej włosach.
– Wiedziałam… Że mnie znajdziesz… – też wyszeptała. Poderwałem się nie wierząc, że to usłyszałem.
Jej spojrzenie było prawie przytomne.
– Księżniczko!
– Sei…lo…nie… – zajęło jej to trzy wydechy.
– Mała! – Pocałowałem jej policzek, jej usta. – Och, bogowie, Mała!
– Nie mieszaj… bogów. – Spojrzałem w jej twarz. Półprzytomnie patrzyła prosto w górę. – Oni… właśnie umierają…
I ja spojrzałem w górę i zobaczyłem tylko zarys księżyca, który rozpływał się w mroku.
– Mała… – przytuliłem ją. Czułem, że odchodzi. Że umiera.
– Widzę… światło… – wyszeptała.
– Mała… proszę, nie idź tam! – Jęknąłem.
– Patrz…
Więc i ja spojrzałem w stronę Nieba. A Księżyc nagle wyłonił się z ciemności, rozbłysnął światłem jak nigdy wcześniej. Rozkwitł ciepłym, srebrnym blaskiem. Zrozumiałem.
– Ktoś użył Srebrnego Kryształu – powiedziałem cicho, z nadzieją… Nawet nie przejąłem się tym, że mogła to być księżniczka Serenity. Dla mnie ważna była Upadła Księżniczka. Patrzyłem na coraz jaśniejszy księżyc. Teraz on lśnił, jakby ogarnął go płomień zimnej furii.
– Nawet nie znam twojego imienia – powiedziałem już wyraźnie, patrząc na wciąż jaśniejący Księżyc.
– Li… Lilith…
Zamarłem. W wierzeniach mojego Ludu to imię było zarezerwowane dla bogini, która była potworem. Wysysała życie z niemowląt i uwodziła mężczyzn zabierając im istnienie.
Ale wystarczyło, bym spojrzał w jej twarz i zrozumiałem, że wszystkie plotki to były… tylko plotki.
– Zo… zobacz – wyszeptała.
Ponownie zobaczyłem, jak księżyc zostaje skąpany w jakimś srebrnym mroku.
– Co to? – Zapytałem.
– Śmierć. Bogini śmierci kosi, zapewniając odrodzenie Księżycowi.
– Czy dotrze i do nas? – patrzyłem w jej oczy, ale ona już mnie nie widziała. – Czy nam też zapewni tę możliwość?
Cisza.
– Księżniczko? Mała, błagam, powiedz coś… Lilith?
Zdałem sobie sprawę, że trzymam w rękach jej bezwładne, martwe ciało. Ciało zgwałcone, zbezczeszczone, zakrwawione i całkowicie pozbawione życia.
Dziki ryk zranionego zwierzęcia wydobył się z moich ust. Sekundy nagle zdały mi się minutami, każda warta nieprzeliczalnie wiele, bo mogłem jeszcze ją trzymać, ale każda wypalała mi duszę. I krzyczałem, krzyczałem… aż straciłem siły. Księżyc powoli, powolutku tracił swój blask. Był, ale jakby przestał istnieć.
– Bogini śmierci… jeśli faktycznie to ty, proszę, zmieć w proch i ten świat – wyszeptałem w stronę umierającego Księżyca.
Przede mną pojawiło się światło. Delikatne, fioletowe, lekko przydymione. Nagle błysnęło mocniej. Wyglądało to jak pryśnięcie mydlanej bańki. I pojawiła się postać ubrana w biało fioletowy mundurek, z kosą w ręce.
– O co prosisz Boginię Zniszczenia? – Zapytała się cicho.
Spojrzałem w twarz martwej Lilith.
– O możliwość odrodzenia tej planety. O odrodzenie się całego tego układu.
– A jesteś w stanie oddać za to swoje życie? – Jej głos był delikatny, ale stanowczy. W jakiś sposób niósł obietnicę zakosztowania ulgi w śmierci.
– Bierz choćby i moją duszę.
Uśmiechnęła się z nostalgią.
– Aż tyle nie potrzebuję. A więc niech i tak się stanie. Niech i Ziemia zostanie zniszczona.
I uderzyła z całą siłą swoją lancą w Ziemię.
Czułem drżenie. Cały czas tuliłem do siemię ciało księżniczki.
– Znajdę ciebie, choćby to miało być w następnym życiu – ucałowałem jej czoło. Po czym wtuliłem się w nią mocno. Czułem rozpacz, ulgę, nadzieję i wdzięczność.
Czułem, jak coś rozrywa mnie kawałek po kawałku. Jak rozrywa mój skarb schroniony w ramionach.
A potem nie czułem już nic.
***

Rozdział XX

Ostrzegam, że rozdział może być najpierw erotyczny później brutalny. Zastanawiałam się nad hasłem, ale nie chcę go zakładać. Czytacie na własną odpowiedzialność.
Muszę dokończyć historię Lilian, by dokończyć historię królowej. Jeszcze kilka rozdziałów.
***************************************
Stałam w sali zbudowanej w kształcie sfery, z której można było obserwować wszystkie ciała niebieskie. Sailor Mercury stworzyła perfekcyjną symulację. Było to połączenie planetarium i rzeczywistego obrazu.
Rzadko tu przychodziłam. Wolałam oglądać prawdziwe gwiazdy, ale w dzień były one dla mnie niedostępne.
Myślałam o dziewczynie, która zabrała mi kochanka, mojego przyjaciela, a poprzedniej nocy także męża.
Chciałam być jej wdzięczna za uratowanie mojego życia, za przebudzenie małżonka. Ale czułam się, jakby ta dziewczyna zabierała mi wszystko.
Dlatego pozwoliłam Uranowi i Neptunowi przeprowadzić ich mały eksperyment.
Drzwi do komnaty otworzyły się i wszedł Endymion. Znowu jego widok uderzył prosto w moje trzewia.
Podszedł do mnie i chwycił w ramiona, a ja przyciągnęłam jego usta do swoich ust. Początkowo się opierał. Próbował się odsunąć, wyrwać. Jęknęłam w ramach protestu i przyciągnęłam go jeszcze bliżej.
Jeśli kiedyś miałam problem z wyborem, Seiya czy Endymion, zniknął on w momencie gdy małżonek przestał się opierać, a zaczął odwzajemniać pocałunek.
Zabawne… pomyślałam, czując zdecydowany nacisk jego języka na moim. Dawniej był powściągliwy. A jeśli się udało mu nieco otworzyć swoje wnętrze, był bardzo delikatny, jakby bał się mnie uszkodzić, jakby starał się mnie chronić nawet podczas pocałunku.
Po raz pierwszy zatracił się całkowicie. A wraz z nim i ja… Zapomniałam o całym świecie. O gwiazdach błyszczących nad nami. Czułam tylko jego smak i zapach.
– Dzień dobry – powiedział wreszcie, gdy udało mu się odsunąć na moment od moich ust. Po czym powrócił do nich.
Zaśmiałam się.
Nie znałam tego Endymiona. Czy to te wszystkie lata, które spędził w kryształowej trumnie czy też magia dziewczyny, jego siostry, u której spędził noc?
A może połączenie jednego i drugiego? A może strach, że go zostawię? Cokolwiek by to nie było, bardzo mi odpowiadało.
– Co było takiego pilnego? – Zapytał wreszcie.
– Po prostu musiałam cię zobaczyć.
Myślałam, że się zezłości. Miał przecież ważnego gościa, od którego go odciągnęłam.
Ale on zaśmiał się rubasznie. Lekko. Jakby znowu był księciem Endymionem, dzieckiem, które potrafi się bawić.
Czy bawił się z młodszą siostrą?
Kiedyś, w poprzednim wcieleniu, udało się nam zaprzyjaźnić. Może nie była to przyjaźń na śmierć i życie, ale opierała się na solidnych fundamentach: na miłości do tego samego mężczyzny.
Coś czułam, że w tym wcieleniu nie jest nam to pisane.
– Serenity… Co ty kombinujesz? – Zapytał mnie nagle król ze śmiechem. – Masz wyraźnie na twarzy wypisany jakiś chochlik.
Chciałam go okłamać pierwszy raz w życiu. Ale nie mogłam tego zrobić. Za bardzo go kochałam.
– Twoja siostra przyjechała z tobą, prawda? – Zapytałam na pozór niewinnie.
– Tak. Pomyślałem, że dobrze by było, gdybyście porozmawiały, wyjaśniły kilka spraw.
– Najpierw ona powinna sobie co nieco przypomnieć – warknęłam.
Król znowu się zaśmiał.
– Jesteś zazdrosna czy po prostu jej nie ufasz?
– Ja pamiętam naszą znajomość – powiedziałam wreszcie. – Ona też powinna sobie przypomnieć.
I w końcu do mojego męża zaczęło coś docierać. Chwycił mnie za przedramiona tak mocno, że byłam pewna siniaków. – Serenity… – w jego głosie zabrzmiało ostrzeżenie – Coś ty zrobiła?
Przełknęłam ślinę. Ponownie pomyślałam, że nie znam takiego Endymiona.
– Poprosiłam Sailor Neptun, by swoim zwierciadłem oczyściła jej wspomnienia.
– Co?
Puścił mnie tak gwałtownie, że poczułam ból w miejscach, gdzie zaczęła powracać krew.
– Ona ma prawo pamiętać. A ja mam obowiązek wiedzieć, czy na samym końcu przypadkiem nas nie zdradziła.
– Cholera, Usagi! Czy ty masz pojęcie, co zrobiłaś? Przecież nie na darmo blokowała drogę wspomnieniom! Pomyślałaś o tym?
– Jeśli dopuściła się zdrady… – zaczęłam tłumaczyć to, co wcześniej tłumaczyła mi Uran.
– To ona wysłała mnie do ciebie przed bitwą. – Warknął. – Ona dopilnowała, bym przy tobie był, bym ciebie chronił. Bym umarł razem z tobą i z tobą się odrodził.
– Endymionie… – zaskoczył mnie tym wybuchem. Okazał się mężczyzną z pasją, z ogniem.
Zaczęłam go jeszcze bardziej pożądać.
– To, co zrobiłaś może mieć poważne konsekwencje – warknął.
– Niby jakie? – Fuknęłam wściekła. – Przypomni sobie po prostu wszystko, co było!
– A jeśli umarła w jakiś traumatyczny sposób? A jej umysł nie pozwalał przypomnieć sobie wszystkiego, by ją przed tym chronić?
O tym nie pomyślałam.
– Daj spokój, Mamoru…
– Lepiej ściągnij tu tego Seiyę – warknął w moim kierunku. – Może być jej potrzebny.
Poczułam się, jakby mnie spoliczkował.
– Mamoru…
– Nie dzisiaj, Serenity.
Odsunął się ode mnie i zaczął iść w stronę drzwi. Ale zatrzymał się jeszcze i spojrzał w moim kierunku.
– Aż tak zła na nią jesteś, że odbiła ci kochanka? – Zapytał jeszcze.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
Pokręcił tylko głową i przeszedł przez drzwi.
***
– Dalej, Seiya – Yaten nadał tempo naciskając klawisze kayborda. – Szybciej!
Taiki jak gdyby nigdy nic wyciągał coraz to nowsze dźwięki z elektrycznej gitary basowej, a ja waliłem w perkusję bez opamiętania, całkowicie zatracony w rytmie i dźwiękach. Coraz szybciej, głośniej, śmielej!
Wiedziałem, że gdy do tego dojdzie nasz wokal, fanki po prostu oszaleją.
– Wytrzymaj! – Yaten trzymał rękę na pulsie.
Jeśli szło o zarządzanie, koordynację i nadawanie kształtu nowemu utworowi, Yaten był perfekcjonistą. Dlatego bez sprzeciwu poddawaliśmy się z Taikim rządom Sreberka. Wiedzieliśmy, że on z utworu wyciśnie najpiękniejszą wersję.
– Seiya, więcej bębna, więcej bębna na koniec!
Parsknąłem, ale posłuchałem. O dziwo, podkreśliło to moc i charakter piosenki.
– I… Taiki, wyciągnij!
Taiki zatrzymał dźwięk na dłużej.
Yaten powoli wyciszał swój instrument.
Piosenka, którą ułożyliśmy, była energiczna, wesoła, rytmiczna i wpadała w ucho. A przede wszystkim miała udaną melodię.
Ktoś kiedyś powiedział: „Słowa do piosenki? Tak, są bardzo ważne. Ale czy pamiętasz melodię?” Ten ktoś doskonale wiedział, co mówił. Samą melodią można było przekazać więcej, niż za pomocą słów. A po doszlifowaniu przez Yatena zgranych dźwięków, melodia mówiła wszystko. Słowa po prostu ją tylko ubierały.
– No, dobrze nam poszło – Nawet Taiki był zadowolony, ściągając gitarę przez głowę. Ruszył w kierunku małej lodówki z napojami. – Teraz tylko Seiya tego nie spieprz pisząc o gumie do żucia.
Yaten zaśmiał się. Zabrzmiało to jak prychnięcie kocura.
– Tekst jest prawie gotowy. Muszę tylko trochę go przerobić. Jest zbyt tkliwy jak na tę melodię.
– Czyżby ta twoja nowa panna uwolniła w tobie całe pokłady tkliwości? – Jaten zmrużył oczy.
– Spadaj – odparłem bez złości.
– To kiedy ją w końcu poznamy – Taiki wypił prawie pół butelki jednym duszkiem.
– Jak Bóg da, to nigdy.
Zaśmiali się obaj.
A mi nagle eksplodowała głowa.
Pod oczami zobaczyłem obrazy. Obrazy z poprzedniego życia.
Widziałem Lilian – Upadłą Księżniczkę Bez Imienia. Pamiętałem ten dzień. Dzień, gdy nas rozdzielili. Tuż po tym, jak wysłała Endymiona na księżyc, do jego ukochanej Księżycowej Księżniczki. Tuż po tym, jak kochała się ze mną w altanie przesyconej zapachem kwiatów.
– Nie… Lalka!
Wiedziałem, że to nasz ostatni dzień.
Wiedziałem, że i ona w tej samej chwili ogląda to samo. Nie chciałem tego oglądać. Nie chciałem, by ona to oglądała. Tego nie należało pamiętać!
Poczułem, jak moje ciało upada na podłogę.
– Seiya! Co ci jest? Seyia!
Chyba chłopacy starali się mnie podnieść. Ale nie widziałem nic poza obrazami ze wspomnień.
– Zawieźcie mnie do pałacu! – Wysapałem. – Natychmiast!
Wiedziałem, że gdy to się skończy, Lilian będzie mnie potrzebowała.
***
Leżałam z Seilonem w altanie ukrytej wśród ogrodów królewskich. Byliśmy całkowicie nadzy, okryci tylko jego szkarłatnym płaszczem.
Ściągnął zbroję zabierając mnie do krain marzeń i westchnień.
– Dlaczego wysłałaś Endymiona na Księżyc? – Poczułam, że mocniej mnie obejmuje. Uśmiechnęłam się do siebie.
Obserwowałam żuka chodzącego po łodyżce rośliny oplatającej drewnianą altankę.
– Mam wrażenie, że wszystko się wkrótce zakończy – wyszeptałam, wtulając głowę w jego tors. – Że on wtedy musi być przy swojej Księżniczce.
– Co się skończy?
– Wszystko.
Chwycił mnie pod brodę i zmusił, bym spojrzała w jego oczy.
– Wyjaśnij mi – poprosił.
– Skończy się bunt Ziemian, wojna w imię Metalii. Skończy się Księżycowe Królestwo i rządy Króla, Pana Tych Ziem – Wyszeptałam. – Skończą się życia, jego i jej, moje i twoje. Całe istnienie będzie musiało rozpocząć się na nowo.
Widziałam przerażenie w jego oczach.
– Nie bój się – dotknęłam jego policzka. Był ciepły, szorstki od zarostu. – Ja się nie boję.
– Co widziałaś w kartach? – Zapytał ostrożnie. Miał zaufanie do moich kart.
– Śmierć – westchnęłam. – Dosłownie Śmierć. Bogini, która skosi swoją lancą wszelkie istnienie, by mogło się odrodzić.
– Jeśli tak się stanie – chwycił w obie dłonie moją twarz – to odnajdę cię w nowym świecie.
– Liczę na to.
Pocałunek, który złożył na moich wargach miał w sobie posmak nostalgii i goryczy.
Poczuliśmy delikatne drżenie Ziemi. Oderwaliśmy się od siebie.
– Co to było? – Zapytał.
– Wojska Metalii i Ziemianie ruszyli na Księżyc – wyszeptałam.
– Mała… Co mam zrobić by cię chronić?
– Całuj – wyszeptałam zrozpaczona.
Więc całował. Moją powiekę, mój policzek, kącik ust, dolną wargę. Całował moją szyję, aż wreszcie zszedł jeszcze niżej.
Czułam, jak bawił się moją piersią, jak delikatnie ją przygryza.
Wewnątrz mnie zrodziło się światło. Czułam ogień w podbrzuszu, czułam potężną falę Rozkoszy, która właśnie tam, na dole, miała swój początek.
Przycisnęłam go do siebie.
– Wejdź we mnie – wyszeptałam.
Zaśmiał się. Przypominało to szczeknięcie psa.
Wszedł jednym, płynnym ruchem. Gładko, szybko.
Fala Rozkoszy ruszyła jednocześnie w górę i w dół zmiatając wszystko, co mogła napotkać na swojej drodze: opór, wątpliwości i resztki strachu. Obawy i niepewności.
I gdy dotarła jednocześnie do mojej głowy i palców stóp i dłoni, wybuchła jasnym światłem pod przymkniętymi powiekami.
Krzyknęłam jego imię. Zaśmiał się.
– Jeszcze, jeszcze…
– Tak, Mała. Jeszcze.
Jasność utrzymywała się pod moimi powiekami, dopóki Seiya do mnie nie dołączył.
Padliśmy wyczerpani na drewnianą podłogę altanki.
Właśnie wtedy królewska straż otoczyła całą maleńką altanę, i wyciągnęli najpierw mnie, potem jego rzucając mi czerwony płaszcz, a jemu białą koszulę.
– W imieniu Króla, Pana Tych Ziem, jesteście aresztowani. – Jeden ze strażników wyciągnął zwój i zaczął czytać. – Lord Seilon za zbezczeszczenie królewskiej córki, Księżniczka zaś o zdradę Króla, bowiem według prawa królewska córka nie należy do siebie tylko w całości do ojca, który ma obowiązek rozporządzać jej życiem. Udacie się na sąd, na którym Król rozstrzygnie, co z wami dalej będzie.
– Seilonie? Seilonie! – Próbowałam się wyrwać, schronić w jego objęciach. Przecież zawsze mnie ratował, wyrywał z rąk tłumu.
– Mała! – Przytrzymywany przez pięciu strażników wyrwał jedną rękę i rozpaczliwie próbował mnie chwycić, dotknąć.
– Seilonie! – Nasze dłonie prawie się dotknęły!
– Mała – równie mocno jak ja starał się wyciągnąć rękę jeszcze dalej.
Ale w końcu ktoś uderzył go klingą miecza w kark.
Padł nieprzytomny.
Mężczyzna z czarną jak noc brodą i równie czarnymi oczami podszedł do mnie.
– Nie podskakuj, księżniczko, bo cię również uciszymy – warknął, a reszta zaśmiała się złośliwie.
I dopiero wtedy, patrząc w jego oczy, które całe były czarne, łącznie z białkami, zrozumiałam, że oni też są pod wpływem Metalii. A skoro jej moc sięgnęła nawet królewską straż oznaczać to mogło jedno: mój ojciec również był pod jej wpływem. Nie wiadomo było tylko, od jak dawna się pod nim znajdował.
***
Wlekli mnie aż do Sali tronowej, gdzie rzucili mną jak workiem mąki.
Seilon zaraz za mną został wprowadzony i również rzucony na ziemię. Słyszałam jak jęknął, próbując się obudzić.
Pomiędzy nami stało kilkudziesięciu strażników.
I do sali wszedł mój ojciec. Zadrżałam i szczelniej kryłam się czerwonym płaszczem. Bałam się go. Ale nawet teraz, gdy znałam prawdziwe przyczyny jego zachowania, gdy zrozumiałam, że to Metalia kieruje jego życiem, ni byłam w stanie myśleć o nim jak o ojcu.
Dla mnie był katem.
– Nieładnie, Księżniczko, nieładnie. – Podszedł do mnie i wymierzył solidny policzek, aż moja głowa odskoczyła do tyłu.
– Zostaw ją! – Seilon w jednej chwili znalazł się na nogach, ale straże z łatwością go osaczyli i złapali. – Nie dotykaj, jej! Rozumiesz? – Próbował się wyrwać, ale dostał z pięści w brzuch. Skulił się z bólu. I ja się skuliłam. Bolał mnie widok jego cierpienia. Za bardzo go kochałam, by móc na to patrzeć.
Król podszedł do niego. Zadrżałam. Widziałam w nim tylko kata. Nie pozostało już żadnych ciepłych uczuć.
Seilon klęczał na ziemi, a dwóch strażników trzymało go za ręce wykrzywiając je w górę i do tyłu, zmuszając tym samym do ukłonu.
– Jak śmiałeś dotknąć moją córkę? – Zapytał bardzo zwodniczo.
– Teraz to twoja córka? Zazwyczaj była twoim workiem do bicia.
Cios, który na niego spadł, rozciął mu policzek i wargę. Po chwili Seilon splunął krwią.
– I ty jeszcze śmiesz szczekać, psie? – Król ponowie uderzył, w brzuch. – Powinieneś błagać o litość. – Nastała cała seria ciosów. W głowę, w korpus, w plecy. A każdy cios czułam i ja.
– Przestań! – Krzyknęłam wreszcie. – Zostaw go w spokoju, a zrobię co zechcesz!
Król spojrzał w moim kierunku.
– Co zechcę?
Podszedł do mnie.
Widziałam mrok w jego oczach. Dlaczego do dziś nikt go nie zauważył.
– Głupia smarkulo, ty nie rozumiesz. Nie zrobisz tego, co zechcę, bo chciałbym oglądać twój koniec! Tymczasem nie mogę cię zabić, bo ciągle masz poparcie wśród niektórych Ziemian i samego Księcia, który ma zostać moim następcą. Nie mogę z niego robić sobie wroga!
Cofnęłam się gwałtownie.
– Jeszcze dziś pojedziesz do klasztoru Simurillien, gdzie zamkną cię za kratą i narzucą włosiennicę. Będziesz tam siedziała do końca swoich dni.
Zbladłam. Droga do klasztoru była najbardziej niebezpieczną wśród wszystkich dróg Tych Ziem. Od lat była pełna złodziei, morderców i gwałcicieli. Nikt nie mógł przejechać tą drogą bez grabieży.
– Wraz z tobą wyślę strażników złożonych z ostatnich Wiernych Starego Porządku. Pozostaną tu tylko wierni Metalii.
Osunęłam się na podłogę. Przecież to było równoznaczne z wyrokiem śmierci.
– A ty… – znowu podszedł do Seilona. – Nie jesteś moim rycerzem. Dlatego najpierw muszę poinformować twojego władcę o winie, a dopiero później mogę wydać wyrok nie ryzykując międzygalaktycznej wojny – splunął z obrzydzeniem pod nogi Seilona. – Jutro wydam wyrok w twojej sprawie i możesz być pewien, że to będzie śmierć. Zabrać ich stąd!
Gdy mnie wywlekali z komnaty obejrzałam się na klęczącego Seilona, który patrzył na mnie z rozpaczą.
Miałam go zobaczyć jeszcze tylko jeden, jedyny raz. Na krótką chwilę tuż przed śmiercią.
Ale tego wtedy nie wiedziałam.
– Mała! Mała!
Jeszcze słyszałam jego krzyki, które nagle zostały urwane w pół dźwięku.
Zemdlałam.

Rozdział XIX

Przekraczałam progi królewskiego pałacu wsparta o ramię Mamoru.
Przede mną nie umiał ukryć swojej prawdziwej postaci. Cały czas widziałam w nim króla Endymiona o dostojnym, ale radosnym obliczu.
To dziwne, bo nie działało to w obecności alter ego Królowej lub jej Dam. Teraz mogłam podejrzewać, że Damy Dworu były Wojowniczkami, ale nawet jeśli którąś spotkałam, nie wiedziałam, kim ona jest. Magia Ukrycia nie działała tylko w obecności Endymiona – mojego brata.
Zabawne, był dla mnie bardziej bratem niż obecny, istniejący, zrodzony z tych samych rodziców. On się nam wyjątkowo nie udał – pomyślałam smętnie. Ale miałam jeszcze siostrę, z którą łączyła mnie prawdziwa więź – kochaną, przebojową Hikari, której nie dało się nie kochać. Nawet Endymion był pod jej wrażeniem. Wydawało mi się, że przez chwilę nawet Seiya dzielił z nią jakieś wspólne, nie znane mi sekrety.
Król Endymion przyjechał do mojego rodzinnego domu wieczorem i został do rana – co nie podobało się ani moim rodzicom, którzy widzieli w nim tylko jakiegoś Mamoru stanowiącego konkurencję dla zaakceptowanego już Seiyi, ani samemu Seiyi. Jednak Mamoru, taktyk i polityk z urodzenia, odłożył tego wieczoru na bok wszelkie waśnie. Nie traktował Seiyi jak wroga czy rywala. Nie udawał opiekuńczego starszego brata, ani zazdrosnego męża, któremu ktoś ukradł żonę sprzed nosa. Po prostu był, pytał, rozmawiaj. Ciekawiły go nasze plany – moje i Seiyi. Wypytywał Hikari o sprawy związane ze szkołą, a ojca o metody na zrobienie domowego wina, które widocznie mu posmakowało.
Seiya prawie cały czas mnie dotykał, obejmował, trzymał za rękę. Mamoru po prostu uśmiechał się na ten widok.
Gdy leżałam w jednym łóżku z Seiyą nie mogłam przestać o tym myśleć. Mój ukochany zasnął już snem sprawiedliwego z błogosławieństwem rodziców, o czym świadczył już fakt, że rodzice pozwolili mu spać ze mną w jednym łóżku.
Seiya był dla mnie bratnią duszą i przyjacielem. A jednak wciąż nie mogłam się zdobyć na to, by pozwolić mu na coś więcej. Zupełnie, jakby we mnie tkwiły jakieś nieznane blokady. Być może tkwiły, skoro Seiya był w ogóle pierwszym mężczyzną w moim życiu.
Jednak on wszystko rozumiał. Akceptował. Nie naciskał i zadowalał się splecionymi dłońmi podczas zasypiania.
Westchnęłam, wyswobadzając się z jego uścisku. Nie mogłam zasnąć wiedząc, że Król leży na dole, w pokoju gościnnym.
Chciałam i musiałam z nim porozmawiać.
Zeszłam na dół.
Nie musiałam zapalać światła, by wiedzieć, że na mnie patrzy.
– Chcesz pogadać? – zapytał, przesuwając się na łóżku.
Wskoczyłam na nie, jakby to było oczywiste i całkowicie przyzwoite. Zapalił lampkę przy łóżku.
Usiadłam po turecku. On również usiadł opierając się o oparcie rozkładanej kanapy.
Moją pierwszą myślą było to, że mam przystojnego brata. Moja podświadomość cały czas tak go traktowała.
– Nie powinieneś być z żoną? – Zadałam pierwsze pytanie, jakie przyszło mi do głowy.
Zmarszczył brwi. Na jego czole pojawiła się pionowa zmarszczą. Wiedziałam, że oznacza zmartwienie.
– Powinienem – odparł spokojnie. – Ale nie mogę się przemóc.
– Bo była z Seiyą? – zadałam to pytanie bardzo cicho.
– Tak.
Chwyciłam go za rękę. Była ciepła i nieco szorstka. Król nie stronił od pracy, nawet fizycznej. Wiele lat wyrzeźbiło ślady na tych rękach.
– Ona cię kocha – wiedziałam to. Czułam. – Nie umniejszam uczuciu Seiyi i Królowej, ale wiem, że Was łączy coś więcej niż ich.
– Nie wiem, czy dal radę – powiedział wreszcie z porażającą szczerością – pokonać kogoś takiego jak Seiya. Wszyscy mówią, jakim wspaniałym zapewne jest kochankiem. Wystarczająco przytłaczający jest fakt, że muszę zmierzyć się z jego reputacją i wspomnieniem.
– Nie pomogę ci w tym, braciszku – powiedziałam. Te słowa jakby same ze mnie wyszły. Bez zastanowienia. – Nie wiem, ani jaką ma reputację, ani jaki jest naprawdę.
Widziałam całkowicie zbaraniałe spojrzenie Mamoru.
– Ale… jak… wy przecież…
– Ciągle nie czuję się gotowa. A on czeka.
Patrzył na mnie przeciągle po czym westchnął.
– Chyba powinienem zacząć mieć o nim lepsze zdanie.
– Chyba tak. Na pewno nie możesz mu przypisać uwiedzenia twojej żony. Ale na pewno ją pocieszył i dał jej siłę.
– W sume gdyby nie to wszystko, nie pojawiłabyś się w pałacy i być mnie nie obudziła. Jakie to wszystko jest pokręcone.
– Mama mawiała, że przeznaczenie lubi się nami bawić – wyszeptałam.
– Taa… mama mawiała…
Ścisnęłam mocniej jego rękę.
– Mam przebłyski wspomnień, ale nie wszystko pamiętam i rozumiem – powiedziałam cicho. – Ale wiem, że spotkałam Seilona w poprzednim życiu. Że zaczął stanowić sens mojego istnienia. Że nadal stanowi.
– Chciałbym go nienawidzić, ale nie mogę. Jednak nie licz na to, że kiedykolwiek zostaniemy najlepszymi kumplami umawiającymi się na piwo i podwójne randki.
Parsknęłam śmiechem.
– Chyba dokładnie to powinna usłyszeć Królowa.
– Jedź ze mną do pałacu – wypalił nagle. – Proszę. Może coś jeszcze ci się przypomni.
Widziałam prośbę w jego oczach. Widziałam żal. I tęsknotę za Królową. A jednak przyjechał do mnie, po mnie.
W jakiś sposób ciągle był moim bratem.
– Pojadę. Ale po drodze musimy podrzucić Seiyę do Studia.
– Musimy? – Jęknął.
– Nie zostawię go samego z moimi rodzicami – zaśmiałam się i wstałam, by wrócić do Seiyi.
I tak oto teraz przemierzałam Kryształowy Pałac, a wszystko wokół mnie po prostu przerażało. Kryształowe ściany załamujące światło, mleczne szyby i dębowe drzwi ozdobione złoceniami. Płytki z marmuru w różnych kolorach i dźwięki stóp odpowiadające echem.
– Tak tu…. – zadrżałam – dziwnie znajomo. Przypomina mi się… nasz pałac – wydukałam wreszcie.
– Wydaje mi się, że ziemski pałac z tamtych czasów został wzniesiony z pomocą Królowej Księżyca, z użyciem mocy Srebrnego Kryształu. Być może dlatego architektura obecnego pałacu wydaje ci się znajoma.
– To nie są zbyt dobre wspomnienia, Endymionie – powiedziałam. – Przytłacza mnie ten pałac.
– Nic ci tu nie grozi – obrócił mnie tak, że spoglądałam w jego oczy. – To nie tamten pałac, to dom. Tu nie ma naszego ojca, jest Królowa. Na niej zawsze możesz polegać.
Wierzyłam mu.
Ktoś zmierzał w naszym kierunku szybkim krokiem. Poznałam Czarodziejkę z Saturna.
– Panie, potrzebujemy cię – powiedziała, spoglądając na mnie ciekawie. – Proszę, pójdź ze mną. Królowa już czeka.
– Mam gościa. Czy to nie może…
– Ja z nią zostanę – usłyszałam cichy głos i Czarodziejka z Urana wyszła z cienia, z którym do tej pory się ukrywała.
Król spojrzał na mnie przepraszającym wzrokiem.
– Młoda, wrócę, jak tylko będę mógł. Zostawiam cię w dobrych rękach.
Pocałował mnie jeszcze w czoło i pobiegł za Saturnem.
Zostałam sama z Uranem. Patrzyła na mnie nieprzychylnie.
– Nie wiem, co na to Królowa, nawet Król, ale ja nie ufam ci w ogóle – powiedziała, bawiąc się swoim słynnym mieczem. – Może i masz jakieś super moce, które obudziły Króla, ale według mnie jesteś jakąś oszustką. Skąd mogę mieć pewność?
– Nie możesz – odpowiedziałam, zgodnie z prawdą.
– Choć za mną – warknęła jeszcze, kierując się w inną stronę, niż Król. – Sama nie możesz wałęsać się po pałacu. Zaraz cię złapie straż.
Szłam potulnie za Sailor Uran. Dawniej była moją idolką. I teraz też starałam przekonać samą siebie, że to naturalne, że się niepokoi, że mnie źle traktuje. W końcu jej obowiązkiem była opieka nad królową. Powinna podejrzewać wszystkich, a mi nie powinno być przykro. A jednak było.
– Idź pierwsza – poleciła, wskazując mi drzwi.
Pchnęłam je i weszłam do środka. Zdążyłam zarejestrować Czarodziejkę z Neptuna i jej magiczne zwierciadełko skierowane taflą w moją stronę.
A później straciłam przytomność.